Mówi się, że prawdziwy czytelnik
pozostaje przy książce nie do momentu jej zakończenia ale do tego czasu aż
zapomni o niej i będzie w stanie sięgnąć po następną. Przyznam, że nigdy tego
nie doświadczyłam. Czytałam, skończyłam, odkładałam na półkę, brałam kolejną.
Jednak miesiąc temu było inaczej. Po przeczytaniu „W niebie na agrafce” Iwony
Grodzkiej – Górnik, nie jestem w stanie sięgnąć po inną pozycję. Do tej pory
żyję przygodami Zuzanny Kosteckiej. O
książce, życiu, przyjaźni i marzeniach porozmawiam z Iwoną Grodzką – Górnik,
byłą panią bankowiec, obecnie jedną z najbardziej poczytnych pisarek.
![]() |
fotografia pochodzi z prywatnego archiwum Iwony Grodzkiej - Górnik |
Witaj Iwonko. Przyznam, że pierwszy raz
zdarzyło mi się stać na środku ulicy i nie zważając na nic, czytać dalej
książkę. I złapawszy się na tym, nasunęło mi się pytanie, jak mocno trzeba być
pokręconym, by wymyślić taką fabułę i się nie pogubić?:)
Iwona Grodzka – Górnik: O,
masz … ale mi dobrze. Witaj Madziu. Widzisz. Ostatnio czytałam w książce o
Krzysztofie Globiszu, że „im więcej kłopotów umysłowych, tym większa sztuka.
Poukładani ludzie nie stworzą nigdy czegoś genialnego, bo takie rzeczy są w
rejonach ukrytych, zakazanych, do których nie boją się wejść tylko szaleńcy”.
Pewnie coś w tym jest. Każdy człowiek z duszą artysty jest trochę pokręcony, ma
bujną wyobraźnię. Ja do tego jeszcze chciałam zostać aktorką, więc wiesz …
No proszę, czyli z Zuzą Kostecką łączy Cię nie tylko
wykształcenie ale i zacięcie artystyczne.
Iwona: Tak, z tym, że ja piszę. Nie umiem malować. Musiałam
podpierać się doświadczeniem mojej bliskiej przyjaciółki malarki, Moniki
Bogdanowicz, notabene bardzo utalentowanej plastyczki z Reszla.
Pisanie to też
sztuka. Skąd pomysł na postać Zuzanny?
Iwona: Tak, uważam, że pisanie to również sztuka – jak malowanie,
rzeźba, teatr, fotografia …
A skąd pomysł? Wiele wątków z
mojej książki zdarzyło się naprawdę. Nasze życie pełne jest atrakcyjnych
kąsków, które z powodzeniem można wrzucać do książek. Kwestia tylko obróbki i
nadania im dodatkowego smaku, aby wyostrzyć zmysły czytelnika. Wybrałam sobie kilka soczystych kawałków,
naszpikowałam je różnymi przyprawami, upiekłam a potem wyłożyłam na talerz i
udekorowałam, najładniej jak umiałam. Zależało mi na tym, żeby trafić w różne
gusta, więc jest trochę na słodko, trochę na ostro, a i parę pieprznych kąsków
też się znalazło. Zuzanna to w dużej mierze wymarzony obraz mnie samej, z tą
różnicą, że w niektórych jej sytuacjach chciałabym się znaleźć, a niektóre wolę
jedynie oglądać.
Na końcu książki, w podziękowaniach, wymieniłaś osobę,
bez której nie powstałaby postać Olgi, przyjaciółki Zuzy. Jak ważna dla Ciebie
jest przyjaźń?
Iwona: Przyjaźń to magia, jak mówi moja córka – miłośniczka Kucyków
Pony. I coś w tym jest. Przyjaciel to nie tylko człowiek, z którym idziesz na
kawę i plotkujesz o nowych kieckach. To osoba, która rozumie Cię lepiej niż Ty
sama siebie. Dobrze jest mieć kogoś takiego, komu możesz się wypłakać,
powierzyć tajemnice, zadzwonić w środku nocy i śmiać się do rozpuku. Ja mam to
szczęście, że mam kilka takich osób.
No zdecydowanie się zgadzam. Ale wróćmy do książki.
Powiedziałaś, że wiele historii w niej zawartych zdarzyło się naprawdę. Są one
wyciągnięte z Twojego życia czy z życia osób Ci bliskich?
Iwona: W dużej mierze z mojego życia ale i moich bliskich. A
przynajmniej w jednej trzeciej. Reszta jest wymyślona. Na przykład, inspiracją do postaci Łukaszka
był mój syn. To jego teksty i zachowania.
Łukaszek jest fajnym chłopcem, może wyrośnie na takiego Maksymiliana
Symertowicza?:)
Iwona: Maks to wyobraźnia, trochę wzorowany na moim mężu. Ale tylko
częściowo.
Oj szkoda. Już myślałam, że znalazłaś faceta, który
znosi w milczeniu „babskie” zachowania.
Iwona: Zakochany facet taki jest, a przynajmniej ja na takich
trafiałam. Potem tylko robi się inaczej. Maks w drugiej części będzie już
trochę inny. Ale my kobiety bardzo chciałybyśmy, by mężczyźni byli dla nas
zawsze tacy.
Kiedy ukaże się druga część?
Iwona: Dopiero w przyszłym roku, bo dopiero się pisze. Wyda ją
Świat Książki, a jak wiadomo, w ostatnim roku mieli trochę zawirowań związanych
z przeniesieniem własności. W ciągu półtora roku to wydawnictwo dwukrotnie
zmieniło właściciela, ale mam nadzieję, że teraz się to wyprostuje i nie trzeba
będzie tak długo czekać.
Ja również mam
taką nadzieję. Zaciekawił mnie jeszcze jeden wątek. Przyznaj, że od bankowości
do pisarstwa są lata świetlne. Można to jakoś pogodzić?
Iwona: Można. Przede wszystkim dlatego, że bankowość jest u mnie
stroną wyuczoną. Tak jak Zuzanna, od zawsze czułam się duszą artystyczną. Przez
kilka lat tańczyłam w Zespole Pieśni i Tańca w Szczecinie, grałam też w
teatrze, pisałam. Bankowość poniekąd wymyślił mój ojciec, mówiąc, że trzeba
mieć porządny zawód. Po maturze miałam złożone papiery do dwóch szkół
teatralnych, ale nawet nie pojechałam na rozmowę wstępną.
Nie żałujesz wyboru?
Iwona: To jest jedyna rzecz, jakiej w życiu żałuję. To znaczy, nie
żałuję samego wyboru, tylko tego, że dałam sobie wmówić, że nie nadaję się do
aktorstwa i zrezygnowałam bez sprawdzenia się.
Jak teraz wygląda standardowy dzień mamy – pisarki?
Iwona: Mama pisarka przede wszystkim nie jest już bankowcem.
Dokładnie od 1 grudnia ubiegłego roku, kiedy to stuknęło mi 20 lat w tej
branży. Teraz zajmuję się tylko pisaniem, redagowaniem, korektą. Próbuję też sił
w uczeniu pisania. Pobudka o 5.30, o 7.00 siedzę już przy komputerze. Potem, w
międzyczasie, spacer z psem, obiad. Po południu jadę po dzieci do szkoły. A
kiedy idą spać siadam jeszcze w nocy do pisania. Dużo tego gdyż oprócz drugiej
części „Agrafki” rozpoczęte mam jeszcze dwie inne książki.
Wow. Skoro jesteś w stanie o godzinie 1.30 w nocy
wywiadu udzielić, to kiedy Ty sypiasz?:)
Iwona: Kiedy jadę na pisarskiej adrenalinie to nie potrzebuję dużo
snu. Czasem wysypiam się w weekendy.
Uchylisz rąbek tajemnicy o czym będą kolejne książki?
Iwona: Jedna z nowych książek to dopiero, co wymyślona koncepcja o
tytule „Projekt - Aktoreczka”. Chciałabym, by była to komedia romantyczna,
ale głowy nie dam co z tego wyjdzie. Na pewno będzie z jajem. I na pewno o
moich niespełnionych aktorskich marzeniach. Chyba muszę to w końcu z siebie
wypluć. Powiedziałam kiedyś, że jestem żoną męża, matką dzieciom i kochanką
teatru. I dużo jest w tym prawdy. W tej książce chciałabym znów zobaczyć
siebie. Drugą książką jest wspólny projekt z moimi przyjaciółmi pisarzami, ale
nie chciałabym zdradzać szczegółów. Jedno jest pewne. Mnie tam już nie będzie, choć oczywiście nie
jest to wykluczone.
Więc nie pytam o czym teraz marzysz, no chyba, że nie są
to marzenia związane z nowymi publikacjami?
Iwona: Moje marzenia głównie fruwają wokół mojego rodzinnego domu.
Takie realne, które mają szansę się spełnić. Poza tym, mam jeszcze masę innych,
które zapewne marzeniami pozostaną. Ale to też jest fajne. Kiedyś usłyszałam
taki kawał: Stoi dwóch żuli pod sklepem, piją tanie wino i jeden mówi – wiesz,
bardzo chciałbym przestać pić. Drugi na to – więc jaki problem? Po prostu
przestań. A pierwszy odpowiada – no tak. Ale jak tu żyć bez marzeń?
No tak. Ktoś kiedyś powiedział, że marzenia to przyprawy,
nadające smak szarej rzeczywistości
Iwona: I można je wrzucić do książki, a potem się z nimi
utożsamiać.
Lub na fotografię.
Iwona: A potem na photoshopa, żeby zretuszować zmarszczki i
upływający czas.
Życzę Ci by retusz nie był konieczny oraz by się spełniły
Twoje wszystkie marzenia. Zarówno te prywatne jak i zawodowe, realne i wydające
się mrzonkami.
Iwona: Dziękuję. Jak powiedziała moja przyjaciółka – malarka, w co
bardzo też wierzę – o marzeniach trzeba mówić głośno, bo tedy się spełnią. Nie
o wszystkich można głośno mówić, ale przyjaciółce … ? W końcu od czego ma się
przyjaciół?
Magdalena: Zdecydowanie się z tym zgadzam
Iwona: Czekam na ten piękny moment, gdy znów będę mogła przytulić
swoją nową książkę i powiedzieć „To moje najmłodsze dziecko”. Czy będzie się
podobać czytelnikom, to już inna sprawa. Najważniejsze, że jestem z niego
dumna. A jak trafi to do gustów odbiorców, to już w ogóle ogromne szczęście. Bo
przecież nic nie cieszy bardziej, jak świadomość, że to, co robisz, podoba się
innym.
Będę jedną z
pierwszych osób, która ją kupi. I wiem, że to nie będą pieniądze wyrzucone w
błoto.
Iwona: Oj, oj. Dziękuję. Dobrze, że nie widzisz, jak się
czerwienię.
Mam wyobraźnię ;)
Iwona: Hahaha